pogoda

Wino pijamy wyłącznie pod krawatem

  • niedziela, Kwi 30 2017
  • Napisane przez  Michał Bardel/Czas Wina
  • wielkość czcionki zmniejsz wielkość czcionki powiększ czcionkę
Michał Bardel Michał Bardel fot. źródło internet

Jakiś czas temu jeden z blogerów wyzłośliwił się okrutnie względem pewnej dużej plenerowej imprezy winiarskiej w ogrodach jednego z podkrakowskich dworów – nie spodobało mu się mianowicie, że wino degustowano tu w kontekście, jak to ujął, wiejsko-festynowym, obok smażonych kiełbasek i poloneza.

Wieszczył także, że w kolejnej edycji organizatorzy zaproszą zespół disco-polo. Najwyraźniej – zdaniem autora – wino jest napojem, który domaga się innej oprawy. Jakiej?

Ano właśnie. Skoro nie gminnie i wieśniaczo, skoro nie w anturażu dworskim (skądinąd w XIX-wiecznym dworze należałoby chyba dopuścić choć odrobinę dworskości, żeby całkiem nie zgłupieć), nie w pobliżu grilla, nie w słomkowym kapeluszu i nie na zielonej trawce, to gdzie? Tego bloger nie napisał, a nikt z komentatorów nie pomógł. Pozostaje jednak dość prawdopodobne domniemanie, że naturalnym i właściwym – jedynym właściwym – miejscem, w którym można wino godnie degustować, pozostają restauracje i hotele, ewentualnie hale targowe („dystyngowany Zachód” przeciwstawiony „rozchełstanemu Wschodowi”). Jest to pogląd, który łatwo usprawiedliwić – istnieje bowiem w każdym kraju pewien procent ludzi piszących o winie, którzy znają je głównie z książek i degustacji organizowanych w pobliskich hotelach. Jest to zarazem pogląd, z którym dość trudno się zgodzić. To tak, jakby na temat zwyczajów żywieniowych pawianów blogował ich znawca czerpiący wiedzę o tych skądinąd niezbyt urodziwym małpach z atlasów i częstych wizyt w warszawskim zoologu.

Znajduję pewną trudność w dowodzeniu rzeczy oczywistych każdemu, kto przynajmniej od czasu do czasu bywa w różnych zakamarkach prawdziwego winiarskiego świata. Ale niech tam. Nie jestem miłośnikiem disco-polo, uczestniczyłem jednak w co najmniej kilkunastu winiarskich festynach (także w naszym kraju, ale myślę głównie o Grecji, Chorwacji, Niemczech, Alzacji czy Burgundii), które „uświetniały” miejscowe zespoły niewychodzące poza miejscowy repertuar rzewno-skocznej instrumentalistyki wspartej prostym przekazem słownym. Czy mi się podobało? Nie bardzo. Podobało się natomiast miejscowej ludności – dla niej zresztą było to święto, nie dla jakiegoś redaktora w marynarce. Życzyłbym obrońcom wyższej winnej estetyki spędzenia sześciu godzin przy uroczystej kolacji w Petit Pontigny w Chablis, podczas dorocznego chapitre bractwa chablizjańskiego, kiedy to jedenastu kolejnym daniom towarzyszy niemal nieprzerwanie hałaśliwy występ miejscowego zespołu ludowego tańczącego coś w rodzaju spowolnionego kujawiaka. I znów mi się nie podobało – z szacunku jednak dla miejscowej tradycji, wypchawszy sobie uszy – z braku innych substancji – świetnym skądinąd foie gras, wytrwałem niemal do końca. Cóż wreszcie pisać o winnych jarmarkach, pochodach i świętach w niemal każdej niemieckiej wiosce wzdłuż Renu, Ahr czy Mozeli? Cóż o związkach wina alzackiego z kapustą i wieprzem? Cóż wspominać o „wieśniaczych” austriackich heurygerach, w których żony winiarzy częstują swoimi – o zgrozo! – kiełbasami w strojach – o jeszcze większa zgrozo!! – ludowych. O chłopskich furmankach („trawa z butów!”), na których w rytm ludowych zawodzeń z kieszeniami wypchanymi serem i tannatami magnum pod pachami wytrzęsieni ostatecznie i szczęśliwi odwiedzaliśmy swego czasu kolejne gaskońskie chateaux (ze dwóch masters of wine trzęsło się na tych furmankach – chyba powinni im odebrać tytuły).

Wino jest bowiem produktem rolno-spożywczym, o czym w Polsce chętnie zapominamy. Z jakiegoś powodu – bodaj czy nie ignorancji po prostu – wbiliśmy sobie do głowy, że jest to napój o tak wysokim stopniu szlachetności, że w innym niż luksusowe wnętrzu nie potrafimy go sobie wyobrazić. Choć pewien procent (wcale niemały) światowego wina powstaje w nowoczesnych zakładach przetwórczych, w których pracują dyplomowani enolodzy-artyści w krawatach lub przynajmniej wytartych marynarkach, cała reszta wytwórców wina (ta właśnie, o której myślimy, powołując się na tradycje winne regionu itp.) to… rolnicy. Wiedzą o tym Włosi, Francuzi czy Hiszpanie, wiedzą o tym w Napa Valley (tam dopiero folklor!). W Polsce jeszcze nie wiedzą, bo u nas wino produkują wciąż głównie profesorowie uniwersytetów, biznesmeni, lekarze i prawnicy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma miejsca dla wina w wytwornych lokalach, że zanim wychylę kieliszek w domowym zaciszu, szukam nerwowo dresu i kufajki. Są wina przeznaczone wyłącznie na najbogatsze stoły, są wina, których niemal nie wypada wypić w innych okolicznościach. Ale to promil światowej produkcji. Wino en masse to produkt wsi, wpisany w jej tradycję (czy to prostą, festynowo-rolniczą czy to – wcale nierzadko – dworsko-szlachecką), w jej historię i wreszcie – w jej kulturę. Nawet jeśli tej kultury nie lubimy, jeśli nas mieszczuchów śmieszy i drażni, nie mamy prawa zawłaszczać wina. Wino powstaje dla tych mas, które świetnie się bawią przy – pardon! – popularnej muzyce i prostym zgrzebnym jedzeniu. To one za nie płacą, nie tych kilku dziennikarzy i blogerów winnych, którzy żerują na darmowych próbkach i otwartych degustacjach.

Michał Bardel

Źródło: Czas Wina nr 85

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Opublikowano w Komentarze i opinie

Dodaj komentarz

Nowości